Zwykły wpis   |     Sierpień 5, 2016

Do systemu wróciłam. Obrazy na czas dotarły do miejsc przeznaczenia i w Rzymie już są prezentowane w galerii przy Via Raffaele Cadorna 28 – już sama nazwa ulicy mi się podoba. Tymczasem żyję na lekim haju i codziennie zaglądam do maila ze zdjęciami od Cristiny, w którym stwierdza, że wiedziała, że są dobre, ale na żywo obrazy jeszcze bardziej jej się podobają.

W głowie szum pomysłów i jakaś bezsensowna gorączka, jakby to, że ktoś zechciał spojrzeć na moje prace zobowiązywało mnie do większego wysiłku. Tak się nie da, przynajmniej ja nie potrafię – już mam do zamalowania trzy nieudane płótna, jak tak dalej pójdzie to w ogóle nie powstanie już nic sensownego, więc stop! Ogródek czeka, porządki do zrobienia w domu zawsze się znajdą, z ludźmi pogadać, film może jakiś zobaczyć? Czyli jak to mawia M, trzeba pokrążyć w zerku 😉

Kino było, owszem. Jak zwykle w wakacje Kinoteka przed południem – pusto, cicho i bez popcornu. Jason Burne się podobał, bo chociaż fabuła odrobinkę naiwna, ale za to zrealizowana po mistrzowsku. Sceny zamieszek w Atenach genialne i w ogóle mi się podobało, co należy podkreślić, bo jak wiadomo jestem filmową malkontentką. Otwartą/zamkniętą w weekendy Ząbkowską odradzam, bo smutno pomimo wysiłków, a i jazz na Starówce też nie zachwyca – można zostać stratowanym przez tłumy uciekające przed jazzowym jazzgotem 😉 Poważnie, na początku koncertu kolejki stoją przed wejściem do każdej restauracji. W trakcie koncertu można już spokojnie znaleźć miejsce…i ja to rozumiem, bo jazz lubię, ale bardzo starannie dobrany. Tylko cicho sza, bo M lubi ten awangardowy, arytmiczny i kosmiczny 😉 No cóż, on nie rozumie mojej sympatii dla U2 i Coldplay – uzupełniamy się doskonale ;P



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *